alt

Kolejny weekend razem. Kolejny weekend dla dzieci. Kolejny weekend spędzony na czynieniu dobra. I tym razem były to koncerty w kościołach, a celem było zbieranie pieniędzy dla fundacji "Pomoż im". Każdy z nich był na swój sposób niesamowity. Tak samo jak nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy, nic nigdy nie jest takie samo. Chociaż poprzez śpiewanie dajemy wiele, to jednak otrzymujemy o wiele więcej, poddając nasze dusze uszlachetnieniu i szlifowaniu na obraz Najwyższego.

Pierwszy koncert odbył się w sobotę, w Parafii Wojskowej pw. św. Jerzego przy ulicy Rzymowskiego w Białymstoku. Na samej
mszy poprzedzającej koncert nie było dużo osób, tak samo na koncercie. Ale kiedy wyszliśmy do przodu i popatrzyłam na tych wszystkich ludzi, którym się jednak udało być, wiedziałam, że tak jest idealnie, tak jest dobrze. Byli ci, co mieli być, ci, co przede wszystkim chcieli tam być. Także na tym koncercie towarzyszyła nam pani doktor Elżbieta Solarz, która przybliżyła słuchaczom powód, dla którego zebraliśmy się wszyscy w tamtym miejscu. Jako, że koncert zaczęliśmy wcześniej niż przewidywaliśmy, mogłam zauważyć, że były na nim osoby, które specjalnie przyszły, żeby pomóc dzieciom i przy okazji nas posłuchać, a nie tylko zostały po mszy. Takie spostrzeżenia napełniają jeszcze większą motywacją i wiarą w to, że robimy coś dobrego. A szczególnie
kiedy przychodzi czas liczenia pieniążków :) Ale zanim przeszliśmy do tej czynności zdarzyła się bardzo fajna rzecz. Byłam w stanie zauważyć, że przez cały czas trwania koncertu, nikt nie bił braw po żadnym z utworów. Kiedy zabrzmiała ostatnia nutka rozległy się tak gromkie brawa, że po prostu byłam w szoku, że taka ilość ludzkiego materiału jest w stanie wygenerować coś tak żwyiołowego i głośnego. Niektóre osoby, ciągle klaszcząc wstały ze swoich miejsc, a za nimi kolejne, tak, że w przeciągu paru sekund stał prawie cały kościół. To było niesamowite, mistyczne przeżycie.

W niedzielę zbiórka o godzinie 8:20. Podobno ten, kto by się spóźnił nie miałby już szans na załapanie się na ów koncert. Godzina 8:30 - szok, bo byliśmy już w drodze. Wszyscy. Wyruszyliśmy w stronę Czarnej Białostockiej. Wpierw Kościół pw. Świętej Rodziny i rozstawienie sprzętu, następnie Metanoia i próba. Miał to być już drugi koncert, w którym uczestniczyli ludzie z tego ośrodka. Tym razem prócz Mateusza i Dominiki, w jednym z utworów mieli spiewać dosłownie wszyscy podopieczni ;) Dla Dominiki był to pierwszy koncert, Mateusz już przeszedł z nami swoje. Kiedy już mieliśmy dość próby, udaliśmy się z powrotem do Czarnej Białostockiej na koncert. Jednak na miejscu okazało się, że nie ma... prądu. Ktoś później powiedział, że energia elektryczna jest w naszej działalności tak niezbędna, że wręcz nigdy nawet nie przyszło nam na myśl, że czegoś tak "podstawowego" może zabraknąć. Oj tak, święta prawda. No ale przecież nadal mieliśmy swoje głosy, prawda? Ludzie czekali na nas, więc nie zostało nam nic innego jak wprowadzić do gry Wielką Improwizację, na miarę Adama Mickiewicza. Postanowiliśmy, że zaśpiewamy 4 utwory. A jak to się stało, że byliśmy w stanie zaśpiewać chociaż te 4 kawałki? I tutaj stała się rzecz niesamowita, z której ja sama zdałam sobie sprawę dopiero parę dni po fakcie. Otoż nigdy do tej pory na żadnym z naszych koncertów nie mieliśmy gitar - bo i po co, skoro mamy klawisze i inne zabawki techniczne? A tym razem w jednym z utworów, którego do tej pory nigdy nie śpiewaliśmy publicznie, postanowiliśmy wykorzystać i to 3 gitary! Mieliśmy aż 3 gitary! A przecież one nie potrzebują prądu, a jedynie zdolnych palców, które będą umiały wydobyć odpowiednie dźwięki ze strun. Zatem mieliśmy coś, czego nie mieliśmy nigdy dotąd, a co okazało się niezbędne. Kiedy tak sobie teraz nad tym myślę to dochodzę do wniosku, że jakkolwiek to wyglądało, to Bóg chciał nam pokazać, że on ma też inne sposoby, nawet takie, których nigdy wcześniej nawet nie braliśmy pod uwagę. Uczy mnie to, że powinnam tę zasadę stosować także w życiu codziennym. Co ciekawe, kiedy już mieliśmy zamiar kończyć, prąd się pojawił :) Więc spytaliśmy publiczność, czy chcą nas jeszcze posłuchać, bo przecież my moglibyśmy śpiewać bez końca :D Chcieli. W pewnym momencie mówił Mateusz. Opowiadał o sobie i o tym, przez co musiał przejść w swoim młodym życiu. Dostał takie brawa, że jeszcze chwila a byśmy zeszli i nie zaśpiewali już nic. Jednak zaśpiewaliśmy, a za chwilę koncert się skończył.

Cieszę się, że na koncercie było naprawdę bardzo dużo młodych ludzi, którzy mogli posłuchać i przemyśleć to wszystko, o czym mówiliśmy. Cieszę się, że podeszła do mnie starsza pani i podziękowała. Cieszę się, że mogliśmy zebrać około 1000 złotych. Cieszę się, że Bóg ponownie pokrzyżował plany złemu. Cieszę się, że zdążyłam na pociąg. Cieszę się, że patrzyłam w górę, a nie pod własne nogi i byłam na tych koncertach, a nie siedziałam nad książkami, a Bóg i tak mi pobłogosławił, chociaż z ludzkiego punktu widzenia nie powinnam dostać takiej oceny jaką dostałam w poniedziałek. Cieszę się, że Bóg jest w moim życiu, chociaż tak często odrzucam Go w swoim życiu. Po prostu się cieszę !!!

Więcej na www.emaus-w-drodze.pl

W. (PTIH)

Emaus na facebooku

Szukaj