27 listopada 2010 r. o godzinie 16:00 śpiewaliśmy na koncercie domowym u 16-letniej Marty chorej na dziecięce porażenie mózgowe, przy współpracy z Warszawskim Hospicjum Domowym (szczególne podziękowania za organizację Łukaszowi Strojnowskiemu) w miejscowości Barcząca (koło Mińska Maz.)

Spadł już śnieg. Dokoła było bielutko i czuło się atmosferę zbliżającej się przerwy świątecznej - chociaż to był dopiero koniec listopada. Widocznie nie tylko nam taka pogoda przywiodła na myśl ten okres, bo kiedy zajechaliśmy przed dom Ewy i Zbyszka poczuliśmy się jak w filmie. Biały gładki puch i ozdoby świąteczne na zewnątrz jak i w środku domu. A wszystko to ręcznie robione!! Od samego początku czuliśmy się niesamowicie. Koncert miał się odbyć w baaardzo obszernej jadalni. Doszliśmy do wniosku, że bardzo lubimy występować w kuchniach :) Zanim zaczęliśmy śpiewać mieliśmy okazję zapoznać się z Martą, jej rodzicami, przyjaciółmi i wolontariuszami. Chociaż ci wszyscy ludzie różnili się wiekiem, zainteresowaniami i tym kim byli to było widać, że łączy ich prawdziwa przyjaźń oraz wzajemne wsparcie. Kiedy koncert się zaczął Marta spoczęła spokojnie w ramionach taty - to jej ulubiona pozycja. A my totalnie unplugged śpiewaliśmy piosenki, które miały wnieść nadzieję i wiarę w serca ludzi, którzy nas słuchali. Naprawdę, takie koncerty jak ten są naszymi ulubionymi. Bez ciągłego strachu przed tym, że sprzęt nawali, pogłos w sali będzie beznadziejny, czy po prostu ludziom się nie spodoba. Całkowicie na luzie i czując nic porozumienia ze słuchaczami śpiewa się naprawdę świetnie! Niesamowite było to, że Marta mogła z nami być przez cayo koncert, co jak wiadomo nie zawsze w jej stanie się udaje. A tutaj Bóg obdarował nas kolejnym cudem :) Jakoś się złożyło, że to nie był zwyczajny koncert, bo połączony z urodzinami Ewy i Zbyszka, tak żebyśmy mogli świętować razem. I muszę przyznać, że to był genialny pomysł, nie tylko z powodów kulinarnych :) To, co przeżyliśmy później długo nie dawało nam spokoju w ciągu kolejnych dni, które dane nam było przeżyć. Usiedliśmy przy dużym stole i Zbyszek zaczął nam opowiadać o swoim życiu. O tym jakie było zanim pojawiła się rodzina, a jakie później i jak musiał przewartościować wiele rzeczy w swoim życiu, tak żeby wybrać przede wszystkim dobro swoich bliskich. To była niesamowita opowieść o wartościach, celach, nadziei i wierze. Zbyszek powiedział takie cudowne słowa, o których nawet teraz często myślę. Podzielił się z nami swoim przekonaniem, że to wszystko, co im się przytrafiło w życiu jest z jakiegoś powodu i ma wyższy cel, że jest przekonany, że Bóg poprzez tę sytuację kształtuje ich charaktery i obdarza ich niesamowitą miłością wzajemną, że nie oddałby tego, co ma za wszystkie skarby świata. Zresztą nawet nie musiał tego mówić - to się po prostu czuło, tą wielką miłość i wzajemny szacunek, dlatego tak trudno było nam opuszczać ten dom. Podobno wszyscy, którzy już tam wejdą mają problemy z wyjściem :) Marzeniem jest mieć taki ciepły i gościnny dom. Wróciliśmy do naszych domów naprawdę późno, ale niczego nie żałujemy :)

Emaus na facebooku

Szukaj