Nasza ostatnia koncertowa niedziela była zimna, bardzo zimna. W końcu Suwałki, daleka północ, niedźwiedzie polarne etc. Ale serca ludzi były gorące, bardzo gorące :) Dzięki ludzkiej hojności zebraliśmy : 811 zł, 270 euro i 10 litów. Wszystkim osobom, które zdecydowały się oddać swój najmniejszy grosz na protezy dla Natalii serdecznie dziękujemy!
A teraz króciutka relacja...
Wyjechaliśmy z rana. Jak zwykle... spóźnieni (ale to przeze mnie, aż trudno mi się do tego przyznawać), w każdym bądź razie, jazda była niezwykle miła (obserwowanie drogi z poziomu samochodu ciężarowego także). Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, zadziwił mnie wystrój wnętrza, nigdy nie spotkałam się z kościołem, który od środka wyglądał tak ciepło i przytulnie (aczkolwiek ciepło i przytulnie nie było, ale to przez te minusowe temperatury i misie polarne). Próbę zrobiliśmy sobie w jakiejś salce na dole, ale ciepło nadal nam nie było. Jeszcze na dodatek bluzki dziewcząt, w których odważyłyśmy się wystapić nie posiadają w ogole warstwy grzewczej (dwuliterkowa firma ze znaczkiem & się nie postarała!).
Przy pełnej sali zaśpiewaliśmy 13 pięknych utworów, a widok niektórych osób, tak szczerych, że aż wszystkie emocje rysowały się na ich twarzach, ocieplił nasze serca i zmarznięte kończyny. Utwory były przeplatane słowami naszych wspaniałych mówców, aczkolwiek najpiękniejsza była i tak muzyka ;) Był to bardzo ciekawy koncert, a ludzie okazali się nadzwyczaj hojni - jedna osoba wrzuciła 250 euro, to duże poświęcenie, ale mamy nadzieję, że Bóg odpłaci jeszcze piękniej.
Po koncercie szybko się przetransportowaliśmy do naszego miejscowego kościoła, by pośród nauki różnorakich przedmiotów (od fizyki po norweski:P) czekać cierpliwie na to, co upichci nam Janusz (panie ustawiajcie się w kolejce - świetnie gotuje;] ). Kiedy się pożywiliśmy udaliśmy się do pobliskiego kościoła luterańskiego.
Miejscowy pastor otworzył nam olbrzymie drzwi jeszcze większym kluczem, który chyba ważył tonę! Kościołek był mały, dostojny, inny niż wszystkie pozostałe, ale było tam jeszcze zimniej! Tym razem już nie odważyliśmy się spiewać bez kurtek. Nasze rozśpiewanie sięgnęło zenitu, a sam kocert... był jednym z najlepszych w naszym wykonaniu (może to brak skromności, ale tak naprawdę było!). Marek powiedział, że czasem brzmieliśmy idealnie (jak anioły?), a Ania (i, co kazała mi tu napisać) ujrzała jeszcze większe postępy :) Prawdopodobnie był to skutek mobilizacji, bo ludzi na koncercie nie było zbyt wiele (znowu te niskie temperatury i niedźwiadki koloru śnieżnobiałego), ale też specjalnej siły od naszego ukochanego Pana! Pokazał nam, że koncert nie musi być na setki osób, by był tym najlepszym ;) A może była to nagroda za wytrwałość i niepoddawanie się kiedy, nam się nie chce i nie widzimy sensu w tym co robimy, ani osób, dla ktorych moglibyśmy śpiewać. W każdym bądź razie było pozytywnie, a nawet bardzo, a jeśli chodzi o uczestników koncertu i pieniądze, które zebraliśmy to mogę tylko powiedzieć, że współczynnik ilości pieniązków na osobę wyniósł ok. 50 zł (resztę doróbcie sobie sami).
Wróciliśmy późno, ale szczęśliwi, że Bóg tak błogosławi. Dawno nie mieliśmy koncertu, byliśmy nienasyceni, spragnieni i zostaliśmy zaspokojeni w 100% w najlepszy z możliwych sposobów. Dziękujemy :*
W.