
Dlaczego taki tytuł?
Bo nic innego nie ciśnie mi się na palce. I nie powinno.
To, co działo się w życiu zespołu i w życiu poszczególnych jego członków można nazwać tylko cudami. Maratonem cudów. Jak wspaniałe jest dostrzeganie tego, co w naszym życiu czyni Bóg, dostrzeganie każdego znaku, Jego wspaniałej, boskiej interwencji. Często nie widzimy tego (a może i nie chcemy), co mamy dokładnie przed oczyma i dlatego właśnie tak wielu w dzisiejszym świecie uważa, że cuda się nie zdarzają.
Relacja
Rozpoczęło się w piątek. Dosyć niefortunnie. Zły chciał namieszać (chwała Bogu, nie udało mu się!) i sprowadził na nas nieszczęście. Samochód ze sprzętem miał wypadek. Niegroźny, ale spowodował nasze spóźnienie z koncertem w Łomży. Czyli znowu pod górkę. Piękna sala, mili ludzie, dobry koncert. Uczniowie szkoły już wcześniej zebrali pieniądze na Olę i przekazali nam tego wieczoru około 1600 zł. Amen!
Po koncercie szybko przemieściliśmy się do pobliskiej Ostrołęki, by tam w naszej małej komunie spędzić mile wieczór.
Sobota. Z samego rana wyruszyliśmy na miejsce nabożeństwa. Kazanie Marka sprawiło, że zapragnęłam latać, wszyscy zapragnęliśmy latać! Wierzę, że kiedyś będziemy mogli ;)
Teraz będzie element dosyć osobisty ;] Otóż jako, że w tym roku zamierzam przynajmniej przystąpić do matury, muszę się jakoś do niej przygotować. Niestety wiąże się to z zajęciami w niedzielę (do tego w środku dnia!) i już parę razy musiałam rezygnować czy to z prób, czy koncertów. Jako że już raz zrobiłam pewien manewr pozwalający mi być na niedzielnych koncertach w Suwałkach, wolałam nie drażnić lwa i nie powtarzać tego samego. Dlatego też nawet nie próbowałam się z zajęć wykręcić, a pokornie wrócić do domu pierwszym, porannym autobusem. Ale jak Bóg chce, to może. W trakcie nabożeństwa zobaczyłam, że ktoś do mnie dzwoni. Nie zastanawiając się nawet, wyłączyłam szybko telefon. Później nagle uderzyła mnie myśl, że to na pewno mój korepetytor i chce przełożyć spotkanie. Kiedy potem sprawdziłam telefon okazało się, że wcale się nie myliłam, to był on. Nie przedłużając tylko, chcę powiedzieć, że jakimś cudem, dzięki Bogu zdołałam przełożyć zajęcia i spędzić niedzielę z zespołem. Wcześniej nawet o tym nie marzyłam, więc za bardzo nie próbowałam tego zmienić. Pokazuje mi to jednak jak często Bogu bardziej zależy na sprawach, które teoretycznie powinny być naszym numerem jeden i pomagając nam w takich przypadkach, mówi nam, że każdy nasz problem, nawet ten najmniejszy w jego oczach jest wielki jak cały świat. Może dla niektórych to nie zasługuje na miano cudu, ale dla mnie jak najbardziej!
Następnie zrobiliśmy mały sajgon w Sajgonie (pozdrawiamy!) i z pełnymi brzuszkami wraz z Anią rozpoczęliśmy żmudne i wykańczające rozśpiewanie :PP W każdym bądź razie przynajmniej w przebraniach jasełkowych aniołków udawaliśmy, że było ciężko, niecierpliwie czekając kolejnego koncertu. Muszę przyznać, że koncert był bardzo dobry, pod wieloma względami (nie, wcale nie dlatego, że się staraliśmy, bo była telewizja) i może być wręcz zaliczony do tych najlepszych pod względem muzycznym.
Wieczorkiem, kiedy podliczyliśmy pieniążki, okazało się że na tych dwóch koncertach udało nam się zebrać około 500 zł. Dziękujemy, Chwała Bogu!
Niedzielny poranek rozpoczęliśmy od studium Słowa Bożego. Wspaniałe doświadczenia opowiedziane przez Asię utwierdziły nas po raz milionowy, że Bóg działa i ma swoje sposoby.
Posileni, nie tylko tym duchowym chlebem, opuściliśmy naszą komunę i udaliśmy się do Domu Poprawczego w Laskowcu. Jak z każdym koncertem w tego typu ośrodkach (a jakby nie było mamy coraz większe doświadczenie w takich miejscach), musieliśmy być ostrożni z naszą grą na scenie, szczególnie w momentach, które ci chłopcy niekiedy znają z autopsji. Bardzo miły pan dyrektor opowiedział nam o funkcjonowaniu ośrodka, celach, osiągnięciach. My odpowiedzieliśmy mu tym samym, dzieląc się naszą historią i tym, co robimy. Kiedy weszliśmy na scenę, chłopcy się ożywili. Może na początku były chichoty, dziwne gesty, ale wraz z rozwijaniem się musicalu, było spokojniej, na niektórych twarzach pojawiła się zaduma i zamyślenie. Przecież jak często mówiliśmy o ich własnych życiu! Po koncercie pan dyrektor powiedział, że „to tylko dzięki wam i temu o czym opowiadaliście, chłopcy zachowywali się tak, a nie inaczej. Przed koncertem bałem się ich reakcji, gdyż wiedziałem, co potrafią robić na tego typu programach, byłem pozytywnie zaskoczony. Sam musiałem na początku parę razy wyjść, by się jakoś ogarnąć, gdyż wzruszenie wzięło górę”. Słysząc takie słowa, my także nie mogliśmy ukryć wzruszenia i dziękowaliśmy Bogu w duchu za takie doświadczenia.
Chwilę później udaliśmy się do kolejnego ośrodka zamkniętego w Przytułach Starych – filii Aresztu Śledczego w Ostrołęce. Powitał nas nowiutki budynek w szczerym polu, a chwilę później piękna sala widzeń przeznaczona również na atrakcje kulturalne. Stoliki zostały uprzątnięte, sala wyczyszczona, a nami zainteresowała się pani z bufetu. Pięknie zaprosiliśmy ją na koncert, z czego z miłą chęcią skorzystała, zaciekawiona zadawała pytania. Nasi kochani panowie nad wyraz szybko rozstawili sprzęt, co stworzyło nam, chyba po raz pierwszy od czasu powstania zespołu, możliwość rozpoczęcia koncertu na grubo przed czasem. Weszli osadzeni, a my w tym czasie pogrążaliśmy się w modlitwie, prosząc po raz kolejny w ciągu tego weekendu o pomoc Bożą i cuda, cuda w sercach każdego ze słuchaczy. Pośród plątaniny kabli, dotrwaliśmy do końca naszego musicalu, w trakcie którego ponownie mogliśmy dostrzec skupienie i dziwnie gorzkie miny zastanowienia. Gdy muzyka ucichła, my dostaliśmy gorące owacje na stojąco, co było niezwykłym doświadczeniem w historii zespołu Emaus. Następnie na scenę wszedł jeden z wychowawców i podziękował nam za koncert mówiąc: „W czasach tak wielkiego konsumpcjonizmu rzadko się zdarza, że ktoś poświęca swój czas, chęci i pieniądze, by robić coś dla drugiego człowieka. Jestem wam wdzięczny. Bardzo mi się podobało, byłem wzruszony”. Potem były rozmowy z wychowawcą, strażnikami. Pani z bufetu była pod tak silnym wrażeniem, że poczęstowała nas herbatą i ciasteczkami, gdyż wg niej, było to jedyne, co mogła zrobić w podzięce za niesamowite rzeczy, które robimy. Z rozmowy z dowódcą straży mogliśmy się dowiedzieć, ze większość osadzonych w pierwszym rzędzie to dealerzy i, że wielu z nich spuszczało głowy, kiedy nasz musicalowy Johnny-Dealer wpadł na scenę. Było o wiele więcej doświadczeń, rozmów, osobistych zwierzeń, a my byliśmy tak niezwykle podbudowani, po raz kolejny. Na sam koniec, kiedy już staliśmy na podwórzu i pakowaliśmy sprzęt, wielu więźniów wyglądało przez swoje zakratowane okna i nas obserwowało. Nie wiedzieliśmy, co możemy zrobić, by zapaść im głębiej w pamięć, podziękować? Tak więc stanęliśmy w rzędzie i zaśpiewaliśmy na pożegnanie „Cudowny Jezus” - naprawdę niezwykły utwór a cappella, mówiący o poświęceniu dokonanym przez naszego Zbawcę. Jeszcze zanim zaczęliśmy śpiewać usłyszeliśmy nawołujące słowa więźniów: „Panowie, wychodzić z pokoi...” i większa grupka niż na początku słuchała dźwięków wydobywających się z wnętrza naszych serc.
Odebranie dowodów tożsamości i małe kółeczko tuż pod bramą więzienia – tym zakończyliśmy nasz cudowny weekend.
Każdy z nas tam głęboko czuł, że to był jeden z piękniejszych momentów naszego istnienia jako zespół i, że może być ich o wiele więcej, jeśli tylko poprosimy... „Proście, a będzie wam dane...”
W.
Więcej zdjęć - galeria z koncertów w Łomży i Ostrołęce