Piątek. Godzina 18 miała być dla zespołu Emaus godziną zero. Ale nie była. Tylko z delikatnym opóźnieniem przybyliśmy do niezwykłego (jak dla mnie) miasta Płock...
Ulica Sienkiewicza zawładnęła mną bezapelacyjnie - ale to już było w
sobotę. Naszą przygodę z tym miejscem rozpoczęliśmy od sobotniego
nabożeństwa w miejscowym zborze, a które jako zespół muzyczny
przyozdobiliśmy brzmieniem naszych głosów i błogosławieństwem płynącym z
naszych doświadczeń. Tuż po obiedzie udaliśmy sie na spacer, okraszony
powrotem niektórych członków zespołu do radosnych lat dziecięcych,
kiedy to całe popołudnia spędzało się na placach zabaw ;] Orzeźwieni
wiosennym powiewem wiatru rozpoczęliśmy próbę w malutkim pokoiku przy
akompaniamencie Yamahy w wersji mini. Co to były za dźwięki... W każdym
bądź razie później była jazda niezwykle uroczą ulicą Sienkiewicza i
dostarczenie zespołu na ulicę Tumską, gdzie przygotowywaliśmy się do
naszego pierwszego koncertu - w Młodzieżowym Domu Kultury. Sam koncert
był niezwykle ciekawy i interesujący - jak to zwykle bywa, kiedy
improwizacja wre. Co ciekawe (zawsze zastanawia mnie ten fenomen) nikt
nie powiedział po koncercie, że było coś nie tak. Wręcz przeciwnie -
duża grupa młodzieży była bardzo zainteresowana tym, co robimy, a ja
osobiście mogłam dosłyszeć komentarze w stylu "[rozmowa przez telefon]
a, bo ja jestem na takim bardzo fajnym przedstawieniu, naprawdę X
żałuj, że Cię tu nie ma". Ale za to mogę wznosić dzięki tylko w górę -
bez Boga nic, co robiliśmy tamtego wieczora nie miałoby najmniejszego
sensu. Byliśmy totalnie zmęczeni, co jednak nie przeszkodziło nam w
wieczornym siedzeniu, słuchaniu Marka i śpiewaniu do gitary (jeszcze
ogniska tylko brakowało!).
Rano od początku uwijaliśmy się w szalonym
pośpiechu, bo już zaraz czekał nas bardzo ważny koncert w Kościele
Zborów Chrystusowych. Było to coś w stylu prowadzenia nabożeństwa przez
zespół Emaus. Zamiast tradycyjnych pieśni, zborownicy śpiewali wraz z nami nasze
pieśni wyświetlane na ekranie - to było czymś fenomenalnym. Marek miał
krótkie kazanie, a później była wieczerza. Zespół cały czas brał czynny
udział w nabożeństwie - śpiewając, a komentarze tuż po, zaskakiwały
chyba każdego bez wyjątku. Co było szczególne? Że w ogóle się nie
spodziewaliśmy tego, że pastor tamtejszego zboru przeprowadzi wśród
wyznawców kwestę na rzecz osoby, dla której aktualnie pomagamy -
Natalii. Było dla nas szokiem, że udało się zebrać do razu około 800
zł, za które jesteśmy wdzięczni zarówno Bogu jak i zborowi.
Po herbatce na górze, szybko udaliśmy się na obiad, po czym (jak zwykle) spóźnieni próbowaliśmy się dostać do więzenia - ale tylko żeby troche pośpiewać :) Po niezwykle dokładnej rewizji, weszliśmy na salę, w której mieliśmy śpiewać - tym razem ponownie Ślepców. Pomimo początkowych śmiechów i chichów, gdzieś tam w okolicy utworu numer 6, w którym mowa jest o przegranym życiu, na twarzy prawie każdego śmieszka pojawiła się tym razem wstydliwie zamyślona mina - o to nam chodziło. Pan opiekun od spraw kulturowych powiedział nam, że z tak poważnym i wzniosłym materiałem była u nich tylko Arka Noego - to teraz obok będzie i Emaus :) I po raz kolejny dzięki Bogu!
No i na deser został nam nieplanowany koncert - na Otolińskiej. Podobno każdy płocczanin, kiedy słyszy tę nazwę wie o co chodzi. My nie wiedzieliśmy do końca, ale było dane nam się przekonać. Otóż
Otolińska jest to
bardzo specyficzny blok pomocy społecznej, w którym mieszkają osoby,
których nie stać na normalne mieszkanie, więc muszą żyć niekiedy po
parenaście osób w jednym pokoju. Nasz koncert miał się odbyć w
świetlicy, która okazała się przepełniona dziećmi. No i jak tu śpiewać
Ślepców? Postanowiliśmy bez żadnego sprzętu, z minimalnym nagłośnieniem
podarować im parę pięknych i radosnych piosenek z naszego repertuaru, a
opowiadania między utworami dostosować do ich wieku. Tak całkiem
dodatkowo nauczyliśmy się przed samym koncertem piosenki "Jeśli jesteś
dziś szczęśliwy...", która okazała się hitem wśród dzieci i na sam
koniec została odśpiewana przez nie prawie samodzielnie :) Myślę, że
takie doświadczenie bardzo nam pomogło i dodało nowych
sił, których pod koniec już brakowało. Pani ze świetlicy prosiła o
pamięć i kolejne przyjazdy - zrobimy, co w naszej mocy, bo taka
publiczność nie zdarza się codziennie. Później były zdjęcia, autografy
;] ogólna radość, a myśmy się udali w daleką, aczkolwiek niezwykle
interesującą podróż powrotną.
Chętnie odwiedzimy Płock jeszcze raz, bo pobyt w nim był dla nas czymś naprawdę niesamowitym i inspirującym, jak również pozwolił poznać nas samych jeszcze lepiej. Nic więcej nie mogę napisać jak Alleluja, Chwała Panu!
W.