W piątek, mając świadomość długości czekającej nas drogi, wyruszyliśmy najwcześniej jak się tylko dało (jedynie 5600 sekund poślizgu). No ale zakończenia roku, praca, sprzęt i korki w naszym wielkim mieście. Inaczej się nie dało. Niestety w trakcie drogi dowiedzieliśmy się, że naszemu koledze z zespołu nie przyjechało pod rząd parę autobusów i nie było nadziei, żeby dołączył do nas w piątek. Ktoś działał przeciwko nam, po raz kolejny. Kiedy następnego dnia, w sobotę, mieliśmy nadzieję spotkać się wszyscy razem na porannej próbie, okazało się, że samochód z Warszawy miał jakieś problemy i najwcześniej mogliśmy się ich spodziewać przed obiadem. Byliśmy załamani, bo śpiewaliśmy na sobotnim nabożeństwie, a tutaj nie było 3 osób z zespołu. Tego było już za wiele. W skrytości naszych serc żarliwie się modliliśmy o jakiś cud. Myślę, że chociaż jako ludzie rozumni wiedzieliśmy, że raczej nie ma szans żebyśmy wystąpili na nabożeństwie w pełnym składzie, to jednak także jako ludzie wiary, tak podświadomie mieliśmy nadzieję, że zdarzy się cud. I kiedy podczas przerwy, 5 minut przed naszym występem, zobaczyliśmy naszych przyjaciół wchodzących przez drzwi, nie było zdziwienia, ale wielka radość, że po raz kolejny Bóg pokazał kto tutaj rządzi. Gromkie amen po naszym hymnie wychwalającym Stwórcę, było tylko przedsmakiem tego, co miało się dziać na wieczornym koncercie.
Wiedzieliśmy, że ten koncert będzie ważny, ponieważ jest to rzadkie zjawisko kiedy występujemy w swoim rodzimym kościele z koncertem, bo naszą misją jest inna działalność. Nikt tutaj prawie nas nie znał, a my chcieliśmy żeby poznano nas z tej najlepszej strony. Było ogromne zdenerwowanie, rozstroje żołądka, splecione w geście błagalnym dłonie i ostatnie próby. W momencie wejścia na scenę wszystko ustąpiło, spłynęło z nas i uciekło gdzieś daleko. Idealne warunki koncertowe, a także odczuwalna obecność Kogoś Większego sprawiły, że koncert udał się od początku do końca. Pomiędzy każdą pieśnią ktoś z zespołu wychodził i opowiadał trochę o sobie, a także trochę o historii zespołu i doświadczeniach. Według mnie pięknym elementem było wychodzenie naszych zespołowych małżeństw, które stojąc blisko siebie, trzymając się za ręce, przekazywały innym skutki działalności Chrystusa w ich życiu i to jak niekiedy ciężko jest pogodzić życie rodzinne z pracą w zespole. Po niektórych bardziej żywiołowych pieśniach mogliśmy usłyszeć oklaski (nie jest to rzeczą normalną w tego typu miejscach), a już na koniec publiczność nam się rozochociła i bisem przywołała nas na scenę. Razem z nimi zaśpiewaliśmy dwa razy "Jezu, Miły duszy mej" i na koniec pomodliliśmy się, prosząc o to, by Nasz Kochany Pan był z nami nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy razem, ale w szczególnie trudnych chwilach, kiedy jesteśmy pozostawieni samym sobie.
Po koncercie usłyszeliśmy bardzo wiele miłych i podnoszących na duchu opinii. Podobno inspirujemy:) Jednak tak naprawdę największe błogosławieństwo spadło na nas w tym ostatnim tygodniu i zapewne jeszcze długo będzie nas doświadczać. Z różnych stron możemy słyszeć, jak to, co przekazał przez nas Duch Święty wpływa na innych ludzi, pomaga podjąć ważne decyzje, odnaleźć coś, co zagubili i wiele, wiele innych rzeczy. Zapewne o mnóstwie z nich się nie dowiemy, ale nie to jest najważniejsze, kiedy celem numer jeden jest przynosić ziarenko dobrej nowiny. O resztę nie musimy sę martwić skoro tak Wielki Pan ma o każdego człowieka staranie.
Byliśmy zmęczeni - i to bardzo. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że po paru zaśpiewanych piosenkach padamy ze znużenia jakbyśmy pracowali bez przerwy cały dzień, gdzieś głęboko pod ziemią. Dlatego właśnie sen się przydał :)
W niedzielę rano spotkaliśmy się na próbie bo oto czekali na nas "Ślepcy" w domu poprawczym. Pamiętam, że kiedy weszłam na scenę, już w poprawczaku, zobaczyłam przed sobą mnóstwo młodych twarzy. Musical "Ślepcy" był właśnie skierowany do nich i myślę, że do wielu te słowa trafiły. Pan wychowawca na sam koniec wszystko pięknie podsumował i podziękował. Mówił o tym, że tak naprawdę każdy z nas jest takim ślepcem i jak ważne jest żeby przejrzeć... A przejrzeć możemy tylko przez Chrystusa i to chcieliśmy im w szczególności pokazać. Wierzymy, że się udało.
Po obiedzie wyruszyliśmy w trasę pełną przygód. Nawet na sam koniec ktoś chciał nam dać do zrozumienia, że nie podoba się mu to, co robimy. Byliśmy w domu po 2, bo nie brak było gasnących silników i łapania gumy, ale dzięki temu wzrośliśmy w przekonaniu, że jest to ta wąska i ciernista droga, którą powinniśmy podążać.
Chcielibyśmy bardzo, bardzo, bardzo podziękować zborowi w Pszczynie, który nas zaprosił i wspaniale ugościł. Będziemy Was odwiedzać częściej ;) Niech Bóg Was błogosławi!
"Bogu niech będą dzięki za niewysłowiony dar jego" 2 Kor 9:15
W.