kraty.jpgRelacja z koncertu w Areszcie Śledczym w Białymstoku - 9.12.06r.

Każdy z nas bierze po elemencie przywiezionego sprzętu tak, by udało się wszystko wnieść za jednym zamachem. Wchodzimy przez masywne metalowe drzwi, które zatrzaskują się za ostatnią osobą, cicho rzężąc. Tu czeka na nas dwóch strażników. Dość sprawnie zdajemy telefony i dokumenty, po czym zostajemy przepuszczeni przez drugą bramę.Dalej prowadzi nas pan Michał – opiekun osadzonych oraz nasz przewodnik...

Po przejściu przez kolejne metalowe drzwi znajdujemy się już na terenie głównego budynku aresztu śledczego w Białymstoku. Zaczyna nas prześladować trochę dziwne uczucie… bez telefonów, bez dokumentów, na terenie oddzielonym od świata wysokim na kilka metrów murem.Zamykają nas!

Uczucie to potęgują kolejne wąskie korytarze i furtki, przez które musimy przemaszerować, by dostać się do „sali koncertowej”. Pomieszczonko jest malutkie, ale jak się potem okazuje – zupełnie wystarczające.

Kiedy sprzęt jest już rozstawiony jak należy, widownia zaczyna się powoli schodzić. Oglądać „Ślepców” może tylko wybrana grupa osadzonych, do których opiekun ma zaufanie. Reakcje oglądających są całkiem przyzwoite, jeżeli brać pod uwagę miejsce, w którym się znajdujemy. „Święty Johnny” jak zwykle wzbudza wielkie poruszenie wśród widzów. Nie ma co się łudzić, że dla osadzonych jest to temat odległy.

Po koncercie jest jeszcze czas na autografy i rozmowy. Dowiadujemy się, że dwóch z nich jest żywo zainteresowanych religią i udziela się artystycznie! Ula otrzymuje nawet adres do korespondencji, z którego planujemy skorzystać przy okazji zbliżającego się nowego roku.Czas zespołu w areszcie dobiega jednak końca. Odbieramy już tylko zdeponowane rzeczy i wraz ze sprzętem opuszczamy teren zamknięty. O dziwo, bardziej uszczypliwi niż osadzeni okazali się strażnicy, którzy wypytywali o ceny biletów. Faktem jest, że ludzie popełniają błędy, które czasami są w sposób fizyczny nie do naprawienia. Możliwe, że wśród oglądających musical był jeden, który wyjdzie na wolność dopiero za parenaście lat. Pewne jest natomiast, że dobrzy ludzie mogą czekać, aż wyciągniemy do nich rękę, w miejscach, w których się ich kompletnie nie spodziewamy.

r.o.

Emaus na facebooku

Szukaj