
Niewielki budyneczek tuż przy tabliczce z nazwą miejscowości. Las iglasty przykryty grubą warstwą białego puchu. W odległości 500 metrów granica z Białorusią. Cisza i spokój. Zazwyczaj. Ale tego wieczora przed budynkiem bylo zaparkowanych więcej aut niż zazwyczaj. Zmierzała do nich duża grupa ludzi. Przystanęli na chwilę i stworzyli krąg. Krótka modlitwa, a później ostatnie pożegnania, pełne miłości uściski i zapewnienia, że niedługo się odezwą. Wyglądali na ludzi, których łączy coś więcej...
Całej tej scenie przyglądał się pewien człowiek. Stał w odpowiedniej odległości, tak, żeby pozostać niezauważonym. Miał mętlik w glowie, bo nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Pierwszy raz w życiu miał styczność z takimi ludźmi. Postanowił nie dochodzić do żadnych wniosków, dopóki nie dowie się wszystkiego u źródła. Poczekał aż wszyscy się zapakowali do aut i sam ruszył, ażeby zająć miejsce pasażera w samochodzie osoby, którą wszyscy uważali za tzw. szefa tej grupy osób. Usiadł i nic nie mówił przez parę minut. Szef zaczął się niecierpliwić, bo nie znał za dobrze człowieka i nie wiedział dlaczego się nie odzywa. Czlowiek przemówił po chwili: "Kim Wy, ludzie jesteście?"
Wiedzieliśmy, że pierwszy koncert będzie w Białowieży. Ekscytacja w oczach każdego, nawet tych, co mieszkają nieopodal. W końcu Białowieża to Białowieża. Żubry i te sprawy. Miejsce-Legenda :) W każdym bądź razie klimat jest. Wpierw długo się jedzie w lesie, co chwila jakieś auto na awaryjnych i niepoprawni miłośnicy przyrody z przyklejonymi do swoich obiektywów nosami. I tak długo długo nic i nagle wjazd do krainy z bajki. Olbrzymie multigwiazdkowe hotele, obok chatynki, co to zaraz mają się rozpaść. Trochę wolnostojących zwierząt, trochę mniej wolnostojących, z leksza zniewolonych. Turyści, wolne pokoje, turyści, free rooms, turyści, zimmer frei... No ale nie o tym miałam pisać, chciałam jedynie trochę przybliżyć klimat i tym podobne. Dojechaliśmy chyba na koniec miejscowości, by wyturlać się z aut i zadrzeć głowy wysoko, wysoko do góry, ażeby objąć wzrokiem moloch przed nami. Budynek Domu Opieki Społecznej. Kierunek nr 1 - toaleta, kierunek nr 2 - tam, gdzie reszta zespołu. Kiedy część piękniejsza zespołu w końcu połapała się w zawiłościach budynku i dotarła na miejsce, okazało się, że prawie wszystko już przygotowane. Ostatnie poprawki i próba skupienia się na tym, co przed nami. Nie wspomniałam chyba, że istotna osoba zespołu, czyli nasz stukający po klawiszach złapał kontuzję i musieliśmy polegać na wrednych rzeczach martwych, co wcale nie pomaga w koncentracji. Kiedy wyszliśmy na scenę, przyjrzałam się ludziom, którzy przyszli nas posluchać. Oprócz osób, których bym się normalnie spodziewała w takim miejscu, dostrzegłam kilka młodych kobiet, co także nie wpłynęło dobrze na koncentrację. Są takie momenty w trakcie każdego koncertu, kiedy zespół jak jedno ciało zaczyna przeżywać bardziej niż normalnie to, co śpiewamy. Muszę powiedzieć, że kocham takie momenty :) Wtedy po raz kolejny uświadamiam sobie, że wszyscy robimy to z tym samym zaangażowaniem, z tą samą motywacją. Kiedy śpiewaliśmy dostrzegłam jedną panią, która siedziała z przedpotopowym magnetofonem i chyba próbowała nagrać to, co tworzyliśmy. Dostrzegam szansę na wydanie kolejnej płyty ;] Ania mi właśnie podpowiedziała, że dla niej niezwykle wzruszającym momentem było, kiedy jedna z młodych kobiet dostrzegła, że jej sąsiadka płacze i bardzo przeżywa to, o czym opowiadaliśmy. Nagle wzięła jej rękę i tak już ją trzymała... Wiem też, że rozmowy po konercie były niesamowite. Dziękuję Bogu, że na każdym naszym koncercie znajdzie się ktoś, kto otwiera swoje serce kiedy słyszy pukanie Ducha Świętego. Daje mi to wtedy pewność, że nasza praca ma sens. Nawet jeśli owocem miałby być jeden człowiek na tysiąc.
Okazało się, że na samej górze czekają na nas muffiny i herbata. Panie jak przystało na rodzicielki przyszłych pokoleń, co do jednej weszly na to bardzo wysokie piętro schodami, panowie, co do jednego skorzystali z ... windy. I tak byłyśmy pierwsze, więc przygotowaliśmy tort urodziny, świeczkę, wielgaśny prezent i czekałyśmy na naszego jubilata. Przy okazji zjadłyśmy prawie wszystkie muffiny (w końcu rodzicielki). Dawid przybył jako ostatni - w końcu wielkie wejście to jest to, co jubilaci lubią najbardziej. Klasyczne 18 podrzuceń w górę, trochę uszkodzony sufit oraz parę trzasków w kręgosłupach - przyda im się podręczny lekarz.
Kolejny koncert - miejscowość ze wstępu. Stołówka ośrodka. Widzów zaledwie trochę więcej niż występujących. Ania nie występowała, bo sobie ubzdurała, że jest chora. Każdy oczywiście wiedział, że chciała po prostu posłuchać nas z tej drugiej strony - kto by się oparł pokusie? Oczywiście cały koncert marszczyła nos, ale może rzeczywiście była na coś otolaryngologicznego chora, więc można jej wybaczyć. Zrobiła nam też parę zdjęć, które można zobaczyć tutaj. Jedna ze starszych kobiet przez caly koncert naśladowała naszego dyrygenta - okazało się, że dawno temu sama była ważną osobą w milanowskiej orkiestrze. Nasze bycie tam było dla niej wielką radością i możliwością wspomnienia pięknych czasów młodości. Po raz kolejny opowiadaliśmy tym ludziom o naszym najważniejszym Przyjacielu. Poprzez mówienie o Nim, argumentowaliśmy powody dla których oddajemy się służbie drugiemu człowiekowi - bo On by tak robił. A tylko przez naśladowanie Go, możemy stać się mu podobni. Totalnie bezinteresownie chcemy pomagać innym. Bóg łączy każdego z nas z sobą niewidzialną nicią. Kiedy jesteśmy połączeni z innymi ludzmi, którzy są także połączeni ze Zbawcą, zbliżając się jednocześnie do Niego zbliżamy się do siebie nawzajem. Jesteśmy jedną wielką rodziną, złączoną niezniszczalną miłością, spojoną najważniejszym ogniwem. Mamy najróżniejsze zainteresowania, zawody, jesteśmy tak różni, a jednak tak podobni skoro umiemy stworzyć także paczkę dobrych przyjaciół, dla których wspólne koncertowanie nie jest jedynie pracą, ale wielką przyjemnością i bezcennym czasem budowania wzajemnych więzi. Po koncercie podszedł do nas sędziwy pan i uścisnął każdemu dłoń, dziękując jednocześnie za to, że o nich nie zapomnieliśmy i przyjechliśmy, żeby zaśpiewać. Po czym wyszedł i za parę minut wrócił i ze łzami w oczach podziękował każdemu z osobna jeszcze raz. Dopiero później się dowiedzieliśmy, że ów pan poszedł do kierownika ośrodka i się spytał ile kosztował ten koncert, bo on by oddał połowę swojej emerytury, żeby pokryć te koszta i żebyśmy mogli przyjechać jeszcze w przyszłości. Kiedy dowiedział się, że zrobiliśmy to całkowicie za darmo, wrócił i okazał nam swoją wdzięczność jeszcze raz. Wykończenie do granic możliwości i zaległości w nauce są tego warte, prawda? ;)
Wróciliśmy do domów jak już było ciemno. Mam nadzieję, że gdyby mi osobiście zostało zadane pytanie ze wstępu to odpowiedziałam na nie najlepiej jak umiałam...
W.
Galeria zdjęć z koncertów.